Jesteś tutaj: Strona głównaDla zdrowia
Jak skutecznie rzucić palenie

Jak skutecznie rzucić palenie?

Kasia, lat 31. Paliłam aż 9 lat! Nie palę od 4 lat.

Historia, którą napisałam dla każdego, kto choć raz chciał pozbyć się ze swojego życia papierosów. Próbować zawsze warto!

 

Oto zapiski z kartki jaką przygotowałam sobie przed tym karkołomnym wyczynem:

Minusy palenia:

  • nieświeży oddech,
  • ciągły smród ubrań,
  • zadyszka na rowerze czy podczas biegania,
  • druga godzina spędzona w kinie jest dla mnie torturą…
  • pocałunki są… mało smaczne,
  • wkurza mnie moje niepohamowane palenie na lotniskach czy w strefach wolnocłowych (mimo wyraźnych zakazów),
  • kasa! Średnio miesięcznie wydaję na papierosy 200-400 zł. Do alkoholu idą mi nawet 2 paczki.
  • Przez te 9 lat „puściłam z dymem” samochód za około 20 tysięcy złotych! A mogłam nim jeździć!

Plusy palenia:

  • na fajce poznaję wszystkie newsy z pracy,
  • papierosy integrują mnie zawsze z nowymi ludźmi,
  • smakują mi do piwka,
  • uwielbiam porannego papieroska z kawką,
  • idealnie komponują się z knajpką, pubem czy koncertem.

 

Twarde postanowienie:

Jeśli rzucę palenie to zaoszczędzę przez rok tyle pieniędzy, że kupię sobie laptopa! Niestety już od 9 lat regularnie „przepalam” jeden komputer ROCZNIE w nikotynie!

 

Okoliczności

Decydując się na rzucenie palenia wyjechałam na wakacje. Sama! Domki kempingowe nad jeziorem. Dzicz i głusza po sezonie. Wrzesień. Zero turystów. Tylko ja i mój nałóg. Najbliższy sklep z papierosami około 5 kilometrów. Ufff… Z dala od palących i imprezujących znajomych. Uznałam, że tak będzie łatwiej. Dotąd nie rzucałam nigdy palenia. Obserwowałam jednak nie raz zmagania moich bliskich w trudnym rozstawaniu się z nałogiem. Bałam się tego.

 

Metoda

Nie mam silnej woli i z natury jestem hedonistką. Nie lubię się katować ani umartwiać. Z własnej woli nie rzucę. To wiem na pewno! Potrzebuję pomocnika. Choćby i chemicznego. Zdecydowałam się na plastry. Kiedyś spróbowałam jednej gumy do żucia, ale mi nie smakowała. Musiałam po niej zapalić, żeby zabić jej obrzydliwy smak w ustach! Plastry nie były tanie. Obliczyłam jednak, że koszt jednego opakowania (7 plastrów) starczającego na 1 tydzień (7 dni) to tyle, ile wydaję przeciętnie przez 7 dni na mój nałóg (nie licząc imprez czy wyjść do knajpy, bo wtedy palę o wiele więcej). Kuracja miała trwać 10 tygodni. Dłuuugo! Na wakacje pojechałam na 2 tygodnie.

 

Dzień pierwszy

Pierwszego dnia po przyjeździe miałam rozpocząć pożegnanie z nałogiem. Poszłam nad jezioro i paliłam cały dzień gapiąc się na fale. Wieczorem obejrzałam dobrze pierwsze opakowanie plastrów, które miałam wkrótce zacząć używać. Jak nakazują reklamy w telewizji przeczytałam ulotkę od producenta. Nie wyobrażam sobie jak mogłabym nie palić. Przecież wszyscy mnie znają jako „TĘ Z FAJKĄ”. Na wszelki wypadek otwieram sobie piwko. Do fajki smakuje idealnie. Drugie zresztą komponuje się z papieroskiem jeszcze lepiej...

 

Dzień drugi

Dzisiaj postanowiłam pożegnać się z nałogiem. Paliłam podwójnie cały dzień wspominając te wszystkie fajne chwile z papieroskiem... Wieczorem znów skusiłam się na piwko. Od 19.00 do 24.00 wypaliłam całą paczkę! Było mi niedobrze, ale wiedziałam, że nie może mi na jutro pozostać żaden papieros. Jutro znów zaczęłabym dzień od niego i kubka pysznej kawki. Jak zawsze... od 9 lat!

 

Dzień trzeci, a właściwie pierwszy

Wstałam rano i nerwowo przylepiłam plaster na ramieniu. Ręce mi się trzęsły z przejęcia. Zrobiłam kawkę i wyszłam przed domek. Słońce świeci, las pachnie, kawa… obrzydliwa. Brakuje mi czegoś w ręce. Przecież zawsze była kawa i papierosy - jak u Jima Jarmuscha zresztą. Po długim namyśle decyduję się zabrać kawę na stołówkę. Będzie jak znalazł do śniadania - mruczę do siebie nerwowo. Chyba nigdy nie piłam kawy do śniadania. Kofeina zawsze była pierwsza, razem ze swoją siostrą Nikotyną. Jak w greckiej tragedii... Dobrze właściwie, że wypaliłam wczoraj ostatniego papierosa, bo droga na stołówkę jakoś mi się dłuży.

Po śniadaniu już był lepiej, chociaż nadal czuje w ustach dużo powietrza. Jakbym chciała je wydmuchać. Może w ustnik? Najważniejsze, że nadal nie palę. Już 4 godziny! Idę na spacer wzdłuż jeziora. Czuję nawet powietrze, gdzie przed chwilą ktoś przechodził z papierosem. Słodki smak. Taki mocny. Z perspektywy palacza dym ładnie pachnie. Ech... Dobrze, że do najbliższego kiosku z fajkami tak daleko. Oczywiście rozważam w myślach tę koncepcję. 5 kilometrów to nie 10, dam rade dojść. Plaster twardo klei się do ramienia. Może to siła sugestii, a może rzeczywiście działa. Trudno mi ocenić wciąż myśląc o papierosach...

Wieczorem kładę się spać. Godzina jest 20.00. Jak przedszkolak. Czytam do snu książkę. Na tych wakacjach chyba wszystkie książki przeczytam. Przecież nie mogę palić, więc co będzie do roboty? Przed snem odlepiam plaster i wrzucam do kosza. Jestem z siebie dumna. Mój pierwszy dzień zakończył się sukcesem!

 

Kot - Palacz

Mój kot - Palacz

Dzień drugi.

Właściwie taki sam jak pierwszy. Tylko plaster w innym miejscu nalepiłam. Wedle zaleceń. Na drugim ramieniu. Skóra po kwadransie robi się czerwona. Nazywają to w instrukcji rumieniem i zalecają odlepienie. O nie, nie, nie... Nie po to kupiłam plastry i zaplanowałam wszystko, żeby teraz zrezygnować przez jedną czerwoną plamę! Twardo maszeruję z plastrem na śniadanie. No i z kawką jak zawsze... od wczoraj.

Od południa zaczynam być nerwowa. Chętnie bym zapaliła, tylko nie ma co. Czytam książkę albo spaceruję. Na niczym nie mogę się skupić. Jakoś kiepsko się czuję. Wreszcie się złamałam i pomaszerowałam do najbliższej miejscowości po paczkę ulubionych lajtów. A co? Wcale nie musze przecież rzucić na tych wakacjach! Może w przyszłym roku? Po dotarciu na miejsce widzę na rynku sklep z pamiątkami. Super-extra-tandetny. Wchodzą, a tam pośród różnych bzdurnych durnostójek jest też ON. Drewniany ogromny półmetrowy kot. Wystrugany jakimś dłutem, brązowy. Do kotów zawsze miałam słabość. Własnego sierściucha na ten czas zostawiłam u rodziców. Pytam o cenę drewnianego cacka. Tyle co 10 paczek papierosów. Też mi kwota! Kupuję go. Humor mi się strasznie poprawił. Potem siadam na ławce w ryneczku. Wpadam na głupi pomysł. Obok mnie sadzam kota. Nazywam go Palacz (jak ten facet z Archiwum X). Obiecuję kotu, że nie zapalę więcej. Inaczej będę musiała jego też spalić. Bo to on pilnuje mojego niepalenia! Żal by było spalić takiego wielkiego drewnianego kota. Jak to niewiele czasami człowiekowi do szczęścia potrzeba...

Rozpadało się. To niebo płacze po moim nałogu – śmieję się. Wracam dziarsko w deszczu do ośrodka całe 5 kilometrów. Nie mam parasolki, mam za to Palacza pod pachą. Ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę. Nawet coś tam sobie pod nosem śpiewam. Taki kot musi przynieść mi szczęście. Śpiewam więc „Oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba...” i prawie zapominam o paleniu. Ale tylko prawie...

W nocy śnią mi się koszmary.

 

Dzień trzeci

Nalepiam plaster. Idę na śniadanie. Pada i czuję się kiepsko. Nogi mnie bolą od tego wczorajszego „niedoszłego” łażenia po fajki. W sumie przecież zrobiłam ponad 10 kilometrów! Rzucanie nałogu jest ciężkie. Dzisiaj tak pada, że na pewno nie mam ochoty znów iść do miasta po papierosy. Jakoś się przemęczę, w końcu to już trzeci dzień. Nigdy tyle nie paliłam. Nawet jak miałam anginę albo byłam w szpitalu! Skończyłam pierwszą książkę. Dobrze, że przygotowałam sobie spory zapas. W nocy znów mam koszmary. Budzę się zlana potem i spoglądam na kota. Dam radę. Dam radę – powtarzam w myślach. A może na głos?

 

Czwarty dzień

Budzi mnie kaszel. Uporczywy i ciągły. Mam wrażenie, że odczepiło mi się coś w płucach i lepko oblepia przełyk. Wiem, że to nikotyna. Czuję ją na języku.

Nowość: Dzisiaj mam wrażenie, że czuję zapach igieł sosnowych przed domkiem. Czuję las. I w ogóle mój nos wyłapuje jeszcze milion innych nowych zapachów. Obiad na stołówce też jakby smakuje lepiej. Marchewka jest słodka, a groszek rozgotowany. Ziemniaki niedosolone. Czuję smaki i zapachy. Pewnie tylko w minimalnym stopniu, ale i tak było warto. Biegnę po południu do nadjeziornej ciastkarni. Czy karpatka nadal ma smak jak w dzieciństwie? Krem rozpływał się w ustach. Może trochę za dużo było w tej karpatce wanilii, ale ucieszyłam się, że ją w ogóle czuję. Przez lata te dwa zmysły smaku i węchu absolutnie mi się stępiły.

Papierosy zabijają wszystkie subtelności i smakują tylko sobą. Są tak egoistyczne, jak każdy nałóg. Nie tak łatwo się z niego wyzwolić. Wiem, że to może banalne, ale bardzo ucieszyłam się z tego nowego wynalazku jaki odkryłam. Nos i język – dwaj przyjaciele. Chętnie bym chciała, żeby zagościli w moim życiu na dłużej.

 

Piąty dzień

Czuję, że już mi lepiej. Plastry lepię na udach. Na ramionach za bardzo szczypią. Powoli nerwowość ustępuje satysfakcji. Wiem, to właściwie żaden sukces. Dla mnie jednak to ogromny. No i jestem z tym sama. Nikt mi nie pomaga. Czuję dumę. Dzisiaj znów idę na karpatkę. Wiem wprawdzie, że przy rzucaniu palenia strasznie się tyje, ale... Widziałam jak kończyła z fajkami moja szefowa. Zrobiła się z niej „herszt-baba”. Wciąż coś jadła. Teraz znów pali, ale wagi nie zrzuciła. 120 kg szaleństwa w oczach z cieniutkim papieroskiem przy ustach. Wygląda z tym cieniaskiem przekomicznie i absolutnie niekobieco, choć chyba o to jej chodzi. Ostatni kęs karpatki smakował mi jakby mniej... Muszę uważać.

Na szczęście nie mam problemu z rękoma. Po prostu czytam. Nie cierpię ani słoneczniku ani pestek z dyni. Strasznie tym można naśmiecić i ciągle ma się ich kawałki na zębach. Głupio to wygląda przy szerokim uśmiechu. Pestką dyniowym mówimy zdecydowane nie. Wolę jednak karpatkę - dochodzę do wniosku przed snem, kiedy wrzuciłam już do śmieci piąty w moim życiu plaster wspomagający rzucanie palenia.

 

Szósty dzień

Tuż po śniadaniu maszeruję 5 kilometrów do miasta po... kolejną paczkę plastrów. Po tylu dniach przecież już nie wymięknę!

Po południu decyduję się na pierwsze piwo. Zawsze z alkoholem łączył się przecież fajki. Nie chciałam więc ryzykować osłabienia i tak już marnej „silnej” woli. Piję jakieś obrzydliwe piwko dla kobiet. Wybrałam smakowe, żeby mnie nie kusiło wypić kolejnego. To taka nagroda i kara zarazem. Smakuje podle, ale jest alkoholem...

Coś czuję, że i alkohol na razie pójdzie w odstawkę. Na pewno moja noga nie przestąpi pubu czy baru przez dłuższy czas. Taka ilość stężonego dymu w jednym miejscu mogłaby mnie zabić. A nie oszukujmy się, w Polsce nie ma prawdziwych lokali dla niepalących. No może jest ich z dziesięć. Z czego żaden w mojej miejscowości nie ma filii.

 

Reszta wakacji

Urlop przebiegał mi spokojnie. Nauczyłam się wytrzymywać z neurotycznymi skłonnościami. Dużo spacerów i książek. Zero pokusy fajkowej. Szerokim łukiem omijałam knajpki i dyskoteki. Wciąż w ustach czułam jakiś smołowaty smak. Taki metaliczny, niesmaczny. Całe dwa tygodnie przekaszlałam. Wypluwam cały ten syf z ostatnich 9 lat – pocieszam się.


Bilans wakacji:

  • zużyte 2 paczki plastrów,
  • zakup jednego drewnianego kota,
  • wypicie 5 podłych piw,
  • jedzenie 1 pysznej karpatki dziennie,
  • przeczytanie 4 zaległych książek,
  • strach przed wyprawą do baru,
  • świeży oddech,
  • nowe smaki i zapachy (w tym ulubiona marchewka na gęsto).

Po powrocie z wakacji, czyli po 2 tygodniach przykleiłam niższy stopień plastra. Mniejsze stężenie, mniej nikotyny. Wiem, że to brawura. Wydaje mi się, że jestem silniejsza. W końcu 2 tygodnie abstynencji robią swoje. Nie każdy chyba tak ma. Rzucać trzeba zgodnie z własnym sumieniem.

 

Zakończenie:

Rzucanie palenia wcale nie jest fajne. Ani przyjemne! W przeciwieństwie do samego palenia. Rozumiem, że nie każdy ma możliwość wyjazdu samemu nad jezioro i rozkoszowaniem się w samotności lekturą. Dobrze jest jednak, dla własnego zdrowia, postępować zgodnie z sumieniem. Jeśli czujesz, że masz dość, to spróbuj nie palić. Jeśli nie, to pal, aż wyplujesz płuca. Na zdrowie. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.

 

Sukces?

Laptopa kupiłam już po pół roku od rzucenia fajek. Chyba jednak oszukiwałam się z tym ile wydaję na papierosy. To na nim mogłam napisać ten pamiętnik!

 

Porażka?

Straciłam kilku fajnych znajomych. Trochę urwał mi się z nimi kontakt, kiedy już tak chętnie nie spotykam się z nimi po knajpach. Liczyłam się z tym. Ale może oni wcale nie byli tacy fajni? Smutne, że niestety naszą znajomość zakończyły fajki, a raczej ich brak w moim życiu. Warto o tym pamiętać decydując się na rzucanie.

 

Bilans

Po 4 latach od tamtych wydarzeń nadal nie palę. Nie dotknęłam papierosa. Uważam jednak, że nie mam silnej woli. Nałogowiec zawsze pozostanie uzależniony. Nie wierzę, że jak zapale jednego tylko, to po drugiego nie sięgnę. Całe życie będę abstynentem. Inaczej będę musiała spalić Palacza, mojego drewnianego kota.

Znajomi śmieją się, że jestem klasycznym przykładem neofitki: nienawidzę palaczy. Najlepiej gdyby zniknęli z planety razem ze swoim śmierdzącym nałogiem. To przez nich rzadziej chodzę do pubu czy knajpki. Nie chcę śmierdzieć razem z nimi. Duszą mnie ich papierosy. Bo to teraz ICH nałóg, a nie MÓJ.

Pachnę, czuję, smakuję. Nie przytyłam. Z alkoholu wybieram dobre wino. Można wypić w domu z ukochanym facetem, zamiast wędzić się w pubie z fajkami. Czekam na ustawę zakazująca palenia w restauracjach i knajpach. Odkąd rzuciłam palenie czuję się dyskryminowana w tym kraju. Trudno znaleźć miejsce byłemu palaczowi w nocnym klubie. Dlatego wolę domówki. Na moich imprezach jest zakaz palenia. Czuję się zdrowo. A tak naprawdę chyba o to mi chodziło. A tobie? Komuś jeszcze się udało? Dajcie znać. Chętnie przeczytam.

Przeczytaj również:

Chcesz otrzymywać informacje o nowych artykułach w serwisie Poradynazdrowie.pl? Zapisz sie do newslettera!

| Regulamin

Komentarze do artykułu:

Autor: zizi , Data wysłania: 2009-11-17

Ech, tylko pozazdrościć. Mnie się nie udało rzucić, ale chyba znów spróbuję. W tekście jest kilka patentów godnych przetestowania. Chyba dotąd mi się skutecznie nie udało, bo po prostu nie wyemigrowałem na Księżyc, żeby tam nie mieć co palić. Ale jeziorko, wypoczynek... To może być argument dla mojej żonki, by mnie puściła samego żebym chociaż spróbował. Muszę jej podesłać ten tekst. A autorce - WIELKIE DZIĘKI! :-) I SZACUNEK

Autor: dfm , Data wysłania: 2010-02-19

"rzuciłem palenie", tylko po co? teraz palę w kiblu i okłamuję całą rodzinę, a mogłem sobie siedzieć przed telewizorem...

Autor: Kick-Boxer , Data wysłania: 2010-03-02

brawo !
podziwiam autorkę tego tekstu ..
ale w Bilansie się mylisz ;)
,,nie mam silnej woli''
wręcz przeciwnie jak byś nie miała silnej woli to byś nie napisała tak ciekawej refleksji o swoim nałogu tylko siedziała z papierosem w ręce ...
wg. mnie mało kto ma taka silna wole jak ty ..
i dobrze że są jeszcze tacy ludzie co starają się zmotywować innych do rzucenia
tego pierońskiego nałogu ;)
jeszcze raz pozdrawiam i Gratuluje Sukcesu

Autor: makaweli , Data wysłania: 2010-03-02

Gratulacje, naprawde podziwiam, sam jeszcze nie podejmowałem się rzucenia nałogu, jestem sceptycznie nastawiony, nie wierze w siębie, ale napewno spróbuje. podziwiam i gratuluje sukcesu

Autor: ismena , Data wysłania: 2010-03-03

Gratuluję!!! Dziewczyno, ależ z ciebie szczęściara! Dziękuję, że mogłam przeczytać tak mądry tekst. Może i ja się zawezmę, bo już płucami pluję:))
Pozdrawiam i jeszcze raz gratuluję....!!!!

Autor: nicram , Data wysłania: 2010-03-04

Ja też próbowałem kilka razy. Raz nie paliłem 9 miesięcy ale jedna impreza to zepsuła. Palę od 8 lat ok 3/4 paczki dziennie. Ostatnio próbowałem rzucić z gumami (popularne ale nie podam nazwy) ale po każdej gumie mi się tak chciało palić, że wypalałem dwa. Ale po przeczytaniu tego tekstu chyba się jeszcze raz zmobilizuję.

Autor: Ula , Data wysłania: 2010-03-06

Witam. Ja palilam przez 24 lata. Ostatniego papierosa mialam w ustach 15.10.2009r. Wiem ze to jeszcze nic, ale jestem dumna z siebie ze mam papierosy w domu i mimo wszystko NIE PALE.

Autor: timoti84 , Data wysłania: 2010-03-08

Witam! Zacząłem palić w wieku 17 lat!! Wcześnie... możliwe! Paliłem 8 lat... po czym postanowiłem rzucić!!!! Nie pale rok czasu!! Najlepsze jest w tym to, że pracuje z ludźmi, którzy palą, znajomych mam także z tym nałogiem!!! Często chodzę z nimi do klubów, pije z nimi piwka, palą przy mnie i mnie to nie rusza!!! Jestem w związku z dziewczyną, która pali i cały czas jestem wolny od nałogu!!! Wcale nie trzeba separować się od znajomych z nałogiem!! Chciałem rzucić i udało mi się... bez żadnych gum do ssania, plastrów!!! Trzeba po prostu chcieć i wierzyć, że się rzuci PALENIE;-). Udanego wyjścia z nałogu!!!

Skomentuj:









CAPTCHA Image
Trudno odczytać? Przeładuj obrazek!

Pola oznaczone * są obowiązkowe.

Dodając komentarz zgadzasz się na Regulamin Publikacji Komentarzy.